Prawie każdy z nas miał te dwadzieścia parę lat i wtedy panie marzyły o niebieskookich dzieciach a panowie o wypasionej lustrzance. Z połączenia tychże marzeń powstawały takie zdjęcia:
Nie tak dawno w tivi oglądałem jakiś wywiad z młodymi mamami, których dziś nie stać na takie marzenia, za to poddają się nowej modzie na posiadanie pewnego nieco mniej kosztownego zastępnika — laleczki. Ale nie są to zwyczajne laleczki. Towarzyszy im cały biznes: kupuje się im ubranka, chodzi do specjalnego fryzjera, są też stosowne mebelki w postaci siedziaczka czy innego fotelika.
Prawda, że śliczne?
Lepsze to niż lalki porcelanowe, które jeno kurz zbierały. Takie to i na spacer zabierzesz, i do fotografa (jeśli tata nie ma wspomnianej lustrzanki), a na kawę do znajomych nie wstyd pochwalić się pociechami.
Wyginiemy jak dinozaury nawet jeśli żaden meteoryt nas nie potrąci.
Znalazłem też przypadek lalko-baby chyba z gatunku tych niegrzecznych. To chyba dobrze, że producenci specjalnie uwzględnili i ten przypadek spotykany wśród zwolenników tradycyjnego macierzyństwa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz