Kłócili się ze sobą o to, kto jest silniejszy. Wiatr powiedział: „Widzisz tego starego człowieka w płaszczu? Założę się, że potrafię zedrzeć z niego ten płaszcz szybciej niż ty.” Słońce schowało się więc za chmurami, a wiatr zaczął wiać mocniej i mocniej, aż wreszcie przybrał siłę huraganu. Jednak im mocniej wiał, tym bardziej starzec otulał się płaszczem. Wreszcie wiatr zrezygnował i ucichł. Wtedy słońce wyszło zza chmur i uśmiechnęło się przyjaźnie do człowieka. Natychmiast otarł czoło i zdjął płaszcz. Słońce udowodniło wiatrowi, że delikatność i przyjazne podejście są zawsze silniejsze niż furia i siła.
czwartek, 26 stycznia 2012
niedziela, 22 stycznia 2012
Ad ACTA
Często w pozwach sądowych papuga wstawia gadkę, jakie to straty poniósł twórca, za konsumpcję którego Jan Kowalski nie uiścił stosownej opłaty. Jeśli Jaś skonsumował dzieło w imieniu prowadzonej przez siebie firmy ma to sens, ale jeżeli wziął i pobrał sobie film z netu, po czym bezczelnie go obejrzał rozwalony na kanapie, to już niekoniecznie. Czy wytwórnia stracił na tym? W większości przypadków pan Jan pewnie i tak nie miał zamiaru iść do kina, bo woli swoją kanapę.
TVN wypuścił fajny player, w którym mogę obejrzeć przegapiony odcinek Kuby Wojewódzkiego, a za 6 zł udostępni mi program, który puszczą dopiero za tydzień. I jakoś wcale mi nie spieszno do wydania tych paru zeta — poczekam aż będzie za free. Kiedyś iTunes zrewolucjonizowało rynek muzyczny wprowadzając sprzedaż piosenek na sztuki. A ile było gadki zanim Jobsowi udało się przekonać do tego pomysłu wytwórnie fonograficzne. Bo ja nie chcę płacić pół stówki za cały album, na którym dobre moim zdaniem są tylko dwa kawałki, a producent chce w hurcie sprzedać przy okazji także to, co specjalnie nie wyszło. Kiedyś Jobs powiedział: „Nie bawimy się w obmyślanie zabezpieczeń oprogramowania przed piractwem, bo koszty takiego przedsięwzięcia przewyższają zyski. Staramy się tak je zrobić, by w przyszłości użytkownik docenił je i kupią oryginał.”
To ja ze swojego podwórka sparafrazuję — Zamiast wydawać pieniądze na pensję dla tysięcy policjantów, przeznaczmy choć część z tych środków na opłacenie pracy dobrych nauczycieli i wychowawców, bo ich podopieczni w życiu dorosłym docenili zalety życia w cywilizowanym praworządnym kraju.
Państwa policyjne nigdzie się nie sprawdziły, a ja przecież jeszcze całkiem świeżo pamiętam, jak to drzewiej bywało.
piątek, 6 stycznia 2012
Ciało pedagogiczne i jego stawy
Raczej nie uprawiam tzw. życia towarzyskiego z wrodzonych skłonności do życia rodzinnego. Jeśli już mam jakichś kolegów, to z racji aktualnie wykonywanego przeze mnie zawodu, są to zazwyczaj nauczyciele. A jak się spotka dwóch belfrów, to wiadomo o czym gadają przy szklaneczce zimnego piwa. Nie czuję jednak jakieś szczególnej więzi duchowej z ciałem pedagogicznym — moim zdaniem w wielu wypadkach cierpi na zwyrodnienie stawów i nadkwasotę.
Stąd reformy w polskiej szkole przychodzą z trudem, a kolejne pomysły w wykonaniu MEN trafiają w płot a raczej w mur niechęci do jakichkolwiek zmian. A będzie jeszcze trudniej skoro mamy pracować o 5 lat dłużej.
Nauczyciel staje zazwyczaj przed ludkami o dziesiątki lat młodszymi od siebie i żeby do nich dotrzeć powinien starać się mówić do nich w ich języku. No może z wyjątkiem nauczycieli historii, którzy im dalej sięgają pamięcią wstecz tym chyba lepiej.
A jakim dialektem posługuje się nasza kochana młodzież? To dziwna mieszanka kwejkowo-fecebookowa, wspierana smsami i youtubowymi filmikami oglądanymi na maleńkich ekranikach wypasionych smartfonów. Ja bez okularów widzę jedynie drgającą plamę kolorowych pikseli i zaczynam zastanawiać się, jak to będzie, gdy dotrwam wieku emerytalnego. Znane mi ciało pedagogiczne w większości ma kłopoty z klikaniem, a co dopiero ze swobodnym poruszaniem się po internecie, bez którego z kolei nasze dzieciaczki życia sobie nie wyobrażają.
A zatem kierunek reform już znamy. Pozostaje tylko znaleźć skuteczne metody leczenia gośćca nękającego członki szanownego ciała pedagogicznego.
A tak na marginesie, przy świątecznym stole kuzynka z Niemiec opowiadała o swoich wykładach na uniwersytecie w Gdańsku. Była zszokowana, jak nasi studenci są bierni, nastawieni na słuchanie — nie potrafią pracować metodą projektów, formułować własnych pytań, szukać samodzielnie rozwiązań. Tak tylko wpadają na wykład by posłuchać jednym uchem. Zupełnie jak nasi nauczyciele wykonujący swój zawód od dzwonka do dzwonka.
Zamiast portfela — iPad
Czasy się zmieniają. I dobrze, bo byłoby nudno na tym podłym ziemskim padole. Nie zdajecie sobie sprawy, jakie uczucia mną targają, gdy po raz czwarty w tygodniu opowiadam kolejnym uczniom tę samą historię — znudzenie pomieszane z zawstydzeniem. Staram się zmienić cokolwiek — szyk zdania, własną minę, inaczej machać rękami — żeby tylko nie padło „Już pan nam o tym mówił”.
Wracając do tematu wpisu, jak się okazuje, aby przekroczyć granicę USA z Kanadą, nie jest potrzebny paszport, choć nie mają tam takiego wspaniałego układu z Shengen jak my. Wystarczy wylegitymować się iPadem. Niejaki Martin Reisch (aktualnie bohater blogosfery) postanowił odwiedzić swoją rodzinę w Stanach Zjednoczonych, zapomniał jednak zabrać ze sobą paszportu. Znacie ambicje i samozaparcie kanadyjskich celników, więc domyślacie się, jak bardzo pragnęli pomóc rozwiązać biedakowi problem. Wedle kanadyjskiego prawa, granicę można przekroczyć, legitymując się paszportem lub tzw. rozszerzonym prawem jazdy. Martin jakimś dziwnym trafem miał zeskanowany paszport na swoim iPadzie. Sam ostatnio fotografuję oceny w dzienniku zamiast je przepisywać na karteczkę jak to robiłem dawniej. Okazawszy tablet celnikom spokojnie wjechał do Stanów.
Już sobie dodałem wpis na moim iPadziku do listy ToDo, żeby jak najszybciej sfotografować wszystkie dokumenty, a przede wszystkim zaświadczenie z NFZ, że jestem jak najbardziej ubezpieczony od spotkań z lekarzami o złej woli i z czerwoną pieczątką w garści.
Odkąd iPad trafił w moje łapy, jestem ciągle pod wrażeniem. Dzięki cenzurze Apple, która jest szeroko krytykowana po świecie, urządzenie działa perfekcyjnie. Mam porównanie z tabletem androidowym i widzę jak swoboda instalowania wszystkiego, co wpadnie w łapy, odbija się mu czkawką. Trzy razy już musiałem córce przeinstalowywać system.
A tak podobno wyglądać będzie iPad 3.
Zastanawiam się tylko, jak przekonać żonę do nowego wydatku. Muszę chyba zacząć częściej robić jej masaże i kolacje przy świecach. Jak to mówią — nauka wymaga poświęceń.
iStyle Magazine
W kioskach spotkać już można nowe czasopismo dla fanów ajświata, który wymyślił Steve, gdy jeszcze byl między nami. Bo ajświat to pewien styl życia, tak subtelnie inny od tego, co znacie ze swoich plastikowych pecetów z Windowsem. Okładka nowego produktu wygląda tak:
Notabene tego wydarzenia w końcu udało mi się chyba namówić żonę do zakupu własnego laptopa. Najpierw miał być maczek, ale jego ceny nieco ją zniechęciły. Wziąłem ją więc za rękę i zaprowadziłem do sklepu dla idiotów. Tam sobie pomacała czarne gumowe klawisze pecetowego badziewia, polukała ceny modeli, które zaczynają w końcu działać i wyglądać przyzwoicie i wsiadając do samochodu rzekła — „Znajdź mi jakiegoś ładnego maka na Allegro”.