Słyszymy „Szkoły uczą rzeczy niepraktycznych rzeczy i robią to źle. Z tego powodu absolwenci nie mogą znaleźć pracy lub znajdują pracę marną”. Prawda jest jednak taka, że jak nie ma roboty, to nie ma, choćby wokół byli sami specjaliści z certyfikatami. A jak robota jest, to pracodawca sam zadba, żeby jej nauczyć każdego, kto będzie chciał u niego pracować. Szkoła nie ma tu nic do rzeczy. Ile z wiadomości, które wykuwaliśmy przez 5 lat studiów przydało nam się w późniejszej pracy zawodowej? Wina szkoły polega na czym innym. Machina edukacyjna produkuje zastępy nauczycieli, urzędników i oczywiście absolwentów, lecz także — by uzasadnić swoje istnienie — propagandę własnych sukcesów. Przeciętny absolwent liceum nie wie nawet połowy tego, co zakładają „edukacyjni programiści”. Po pięciu latach studiów absolwent osiąga zakres wiedzy ogólnej na poziomie teoretycznie zakładanym przez nich w „profilu absolwenta gimnazjum”. Z resztą nie ma czego żałować — szkolny program papka ulepiona z ogólników i mało pożywnych składników.
Dawniej w zdyscyplinowanym społeczeństwie można było biciem i innymi karami wymusić na dzieciach nauczenie się na pamięć sporej liczby tekstów i formułek. Ta sama karność pozwalała na łatwe manipulacje psychiką dziecka i wywoływanie egzaltacji — a to poetyckiej, a to patriotycznej. Z nastaniem demokracji zniknął przymus, a wraz z nim „efekty kształcenia” i autorytet edukacyjnych programistów. Do tego jeszcze doszedł internet, który w każdej sprawie uświadamia szybciej niż szkoła. Szkoła przestała być potrzebna. No chyba, że powołamy nakazy legitymowania się odpowiednim szkolnym certyfikatem na każdym życiowym zakręcie.
Zadaniem szkoły sprowadza się praktycznie do organizowania czasu młodzieży w postaci bardziej czy mniej infantylnych zabaw, np. w uczenie się do egzaminów (testów) i ich zdawanie. Wiadomo, że ostatecznie wszyscy zdadzą, bo nawet matura skrojona jest do aktualnych (coraz niższych) możliwości osób o zdolnościach daleko niższych od przeciętnych, skoro w założeniu ma ją zdać 80%). Do tego są jeszcze zabawy w teatrzyk, w wycieczki i inne akademie. Jakość tych szkolnych igraszek zależy od poziomu nauczycieli i dzieci, a ten zwykle nie powala (tłumaczenia, że jaka płaca, taka praca także nie można przyjąć, bo nauczyciele nie zarabiają wcale źle za swoje 9 miesięcy pracy w roku). Naiwne jest przekonanie, że dobry minister razem z dobrym dyrektorem i dobrym nauczycielem naprawią szkolnictwo. Jest wielu dobrych nauczycieli i dobrych dyrektorów. Ale niewiele z tego wynika. Bo tak, jak nie da się nic sensownego zrobić w epoce odrzutowców ze starym kukuruźnikiem, tak nie da się nic sensownego zrobić z dziećmi, wyposażonymi w smartfony i tablety zapędzonymi do klasy na kilka godzin dziennie. Ta formuła już się wyczerpała.
Obowiązkowe szkoły powszechne powinny zniknąć. Staną się dobrowolne i zmienią się w instytucje samouczenia się pod kierunkiem nauczycieli pomagających jedynie dobrać odpowiednie środki i materiały tym, którzy uczyć się chcą i mają po temu jakieś predyspozycje (ale z pewnością nie jest to większość ludzi). Obowiązkiem szkoły jest dać szansę na naukę każdemu dziecku, które chce się uczyć i ma po temu zdolności. Wyrównywanie szans edukacyjnych to sprawa honoru. Bez tego nie ma sprawiedliwego społeczeństwa. Ale zmuszanie dzieci leniwych i niezdolnych (a w dodatku jeszcze źle wychowanych) do siedzenia latami w szkole to absurd i udręka dla wszystkich.