sobota, 26 marca 2011

Ufff

Kooniec. Kolejne studia pozostaną już tylko papierem w aktach. Chwilę muszę odpocząć i pomyśleć, co dalej. Za rok w końcu ukaże się mój podręcznik do szkoły średniej, który próbowałem wydać 10 lat temu. Jeśli tym razem uda się, to pióro można będzie odstawić. Kolej na inwestycję w siebie. Jest kilka rzeczy, które bardziej chcę opanować niż pisać.
Przy okazji studiów dyskutowaliśmy z profesorem nad mierzalnością pracy nauczyciela. Mam kilka pomysłów. Na przykład żadne tam A, B, C, D. Punkty gromadzone jak w Tesco. Od zera w górę, brak granicy górnej, bez określania, kiedy szkoła jest the best, czy ta z 1000 punktów, czy z 1000000. Ale rodzice pewnie wybiorą tę drugą, bo punkty są upublicznione. A skąd biorą się punkty? Ano zewsząd: zdobywa je każdy nauczyciel, każdy uczeń, przelicza się procentowo (żeby mała szkoła miała te same szanse, co duża) i wkłada do wspólnego worka. Punkty za studia podyplomowe, za szkolenia, za wycieczki, za pisarstwo, za pracę społeczną, za wyniki itp. Przy okazji punkty zdobyte przez nauczyciela procentują w dodatku motywacyjnym.
Hospitacje won. Za to w każdej chwili dyro czy ktoś inny może przyjść z kamerą i sfilmować całą lekcję. Nagranie wkłada się do akt, służy kontroli i okresowej ocenie, jest całkowicie obiektywne, jest czystym dokumentem.
Wszystkie drzwi w szkole przeszklone. Ja mam prawo widzieć, co robi dyrektor, on ma prawo widzieć, co ja robię. Tańsze to niż monitoring, a jakie skuteczne.
Okresowe obowiązkowe badania psychiatryczne nauczycieli standaryzowanymi testami. Okresowe egzaminy z wiedzy metodycznej i fachowej, standaryzowane w całym kraju. Coś jak test sprawnościowy w policji czy wojsku. Za wyniki takich testów oczywiście punkty.
No i ostatni pomysł — anonimowy serwis internetowy, gdzie uczniowie i rodzice na bieżąco, na co dzień mogą oceniać pracę szkoły i swoje zadowolenie.

Brak komentarzy: