piątek, 6 stycznia 2012

Ciało pedagogiczne i jego stawy

Raczej nie uprawiam tzw. życia towarzyskiego z wrodzonych skłonności do życia rodzinnego. Jeśli już mam jakichś kolegów, to z racji aktualnie wykonywanego przeze mnie zawodu, są to zazwyczaj nauczyciele. A jak się spotka dwóch belfrów, to wiadomo o czym gadają przy szklaneczce zimnego piwa. Nie czuję jednak jakieś szczególnej więzi duchowej z ciałem pedagogicznym — moim zdaniem w wielu wypadkach cierpi na zwyrodnienie stawów i nadkwasotę.

Modern1

Stąd reformy w polskiej szkole przychodzą z trudem, a kolejne pomysły w wykonaniu MEN trafiają w płot a raczej w mur niechęci do jakichkolwiek zmian. A będzie jeszcze trudniej skoro mamy pracować o 5 lat dłużej.

Nauczyciel staje zazwyczaj przed ludkami o dziesiątki lat młodszymi od siebie i żeby do nich dotrzeć powinien starać się mówić do nich w ich języku. No może z wyjątkiem nauczycieli historii, którzy im dalej sięgają pamięcią wstecz tym chyba lepiej.

Modern2

A jakim dialektem posługuje się nasza kochana młodzież? To dziwna mieszanka kwejkowo-fecebookowa, wspierana smsami i youtubowymi filmikami oglądanymi na maleńkich ekranikach wypasionych smartfonów. Ja bez okularów widzę jedynie drgającą plamę kolorowych pikseli i zaczynam zastanawiać się, jak to będzie, gdy dotrwam wieku emerytalnego. Znane mi ciało pedagogiczne w większości ma kłopoty z klikaniem, a co dopiero ze swobodnym poruszaniem się po internecie, bez którego z kolei nasze dzieciaczki życia sobie nie wyobrażają.

Modern3

A zatem kierunek reform już znamy. Pozostaje tylko znaleźć skuteczne metody leczenia gośćca nękającego członki szanownego ciała pedagogicznego.

A tak na marginesie, przy świątecznym stole kuzynka z Niemiec opowiadała o swoich wykładach na uniwersytecie w Gdańsku. Była zszokowana, jak nasi studenci są bierni, nastawieni na słuchanie — nie potrafią pracować metodą projektów, formułować własnych pytań, szukać samodzielnie rozwiązań. Tak tylko wpadają na wykład by posłuchać jednym uchem. Zupełnie jak nasi nauczyciele wykonujący swój zawód od dzwonka do dzwonka.

1 komentarz:

Gosia pisze...

Coś w tym jest, nie jestem nauczycielka ale byłam studentka i dokładnie było tak jak piszesz... Jedyną psorką która cokolwiek od nas wymagała to była babka z oligo, która na dodatek miała już swój własny zwichrowany świat, także ze względu na wiek[ śmiało ok 70!], i wszelkie 'udzielanie się' nie wychodzilo nam na dobre, bo nikt nie wiedział na jaki temat dokładnie mamy mówić. Zalamywała ręce i odsyłała nas do książek. I jak juz mieliśmy świadomość tego, co do nas mówi, i co jest głównym tematem wkraczaliśmy ze swoimi poglądami i zdaniem to znów nie rozumieliśmy jej nawiązań!
Błędne koło!